Misja Wschód 2016

             Ogrodniczki k. Supraśla 26-29 maja.

Odkąd rozpoczęła się moja przygoda rekonstrukcyjna nasza grupa była już po pierwszej edycji „misji wschód”. Od tamtego czasu termin wyżej wymieniony jest dla mnie co roku wyjątkowy i zarezerwowany na ten wyjazd, a teraz siedzę z kubkiem erl grey'a i mam za zadanie opisanie czegoś, czego opisać się nie da?! Absurd. Podejmuję jednak rękawicę.

            Czwartek- to już dziś. Szpej od wczoraj przyszykowany na wyjazd, jeszcze tylko „spożywka” i możemy ruszać. Kurcze, za każdym razem jak tam jadę mam to samo, szalenie podniecające uczucie. Wyjeżdżamy z Kętrzyna trzyosobowym składem : Werner, Wolf i Bruno, czyli silnym „zwiadem” sekcji Wh GRH. Atmosfera tworzy się z każdą minutą- typologii rozmówek grupowych przedstawiać wam drodzy czytelnicy nie muszę, bo jeżeli to czytacie, zapewne znacie klimat.

W drodze...

Opuszczamy pełne różnorodności mazury na rzecz całkiem zwykłego, niezwykłego podlasia. Można odnieść wrażenie, że stawiam się w roli Kolumba, czy innego zawadiaki odkrywającego nieznane tereny, bo podlasie wydaje się być dzikie, pokonując każdy kilometr na wschód jestem coraz bardziej upojony oparami- no właśnie czego? Okej, nie znajdę desygnatu, to to uczucie kiedy nie możesz oderwać się od krajobrazu, a myśli wykręcają tak niewiarygodne prędkości że mercedes wyciskający z 2 litrów pojemności 380 km może zwijać intres. Nie tylko krajobraz się zmienia, ludzie również jednak nie rozwinę tego tematu i chyba tłumaczyć nie muszę. Biebrzański park narodowy – informuje mnie tabliczka. Spoko, jeszcze z 70 km i jesteśmy, szkoda tylko że tak późno bo dla rekonstruktorów wjazd na teren żwirowni jest możliwy już od wtorku. Paru chłopaków od nas już od wczoraj pracuje nad obozem szkoleniowo- rekrutacyjnym jaki zdecydowaliśmy się przedstawić w tym roku ale o tym za moment. Tymczasem dojeżdżamy do Białegostoku i już w tym momencie nie mogliśmy się oprzeć euforii i chęci włożenia hełmów na głowy, nie zrozumcie mnie źle- taki klimat. Wjeżdżamy na teren byłej żwirowni, dla tych którzy nigdy nie byli w podobnym miejscu wygląda to jak spora dolina, obniżenie terenu o spokojnie 50 metrów, mamy również do czynienia z tym co jest nieodzownym czynnikiem tej imprezy. Przedstawiam państwu piach i kurz. W tym uroczym miejscu jest ich bez liku i towarzyszą w każdej czynności przez następne dwa dni.( albo więcej) Widać że to miejsce żyje imprezą, pomińmy straganiki z różnego rodzaju szmelcem na który szkoda tuszu, organizatorzy są tak profesjonalni w tym co robią że postanowiłem poświęcić im kilka słów.

A na miejscu...

 

Wielki szacunek za organizacje, stalowe nerwy i balans. Grupom biorącym udział w tym zbiorowisku można też poświęcić sporo miejsca, skupmy się jednak na obozie szkoleniowo- rekrutacyjnym. Jak już dojechaliśmy, obozu jako takiego jeszcze nie było. Wszędzie wkoło sektory ze sprzętem i materiałami, a przed nami do wzniesienia rusznikarnia/ kwatermistrzostwo ,„buda” rekrutacyjna, szlaban- obok budka wartownicza, a to wszystko musi zostać otoczone i wyraźnie odseparowane od drogi dla turystów i sąsiednich dioram. Ponad to do wykopania okopy z stanowiskiem do strzelania z broni różnego rodzaju i stanowiskiem mg które musiało być wykopane tak, aby ogień szedł nad drutem kolczastym pod którym czołgali się rekruci. Żar leje się z nieba, już dawno porzuciłem koszulkę i zastanawiam się nad zrobieniem tego samego ze spodniami. Łopata jednak nie jest wyrozumiała, to samo mogą powiedzieć operatorzy pił, noży, piłek, młotków, pędzli, wyżynarek, ubijaków, kilofów, bejsboli et cetera, et cetera. Zdecydowanie odmawiam opisania tego co działo po zakończeniu pracy, aż do poranka dnia następnego. Jak komuś ciekawość nie pozwoli spać to zapraszamy do przeżycia tego z nami.

GRH ALLENSTEIN

            Wszyscy zajmują swoje miejsca, kwatermistrzostwo w składzie (Formalnie Berni ale na początku wcielił się w inną rolę) Zygfryd i Hartwig krzątali się poprawiając szpej w i wokół budynku, Anzelm w mundurze feldgandarmerie pełni służbę przy budce wartowniczej, Wolf w mg- dole niepokojąco często gładzi czule mg 42, Werner któryś już raz z niecierpliwością zwilża końcówkę ołówka jakby grupa mająca się tu zaraz pojawić brałaby hurtowo kredyty we frankach, a nie zaciągała się do Wehrmachtu. Cóż, w granicach subiektywizmu dwie różne sytuacje, ale chyba przyznacie że jedni i drudzy są w niemalże tożsamym położeniu... Nadchodzą, prowadzeni przez Wodza i dwóch grenadierów obstawy, mijają szlaban i komisja rekrutacyjna zaczyna posiedzenie. Niewygodna rozmowa, która dogmatycznie ma być niewygodna wyraźnie uśpiła czujność rekrutów. Z podanych danych wynikało że do służby zaciągali się Bruno, Berni, Georg i Michael. Kilka minut później zapoznali się z pieszczotami fundowanymi udom, przez wełniane spodnie mundurowe model 43 i nie tylko. Następnym krokiem w kierunku zostania żołnierzem Wh było oczywiście przejście szkolenia ogólnego, szczególnego i najważniejsze – chrzest bojowy. Leniwie zbliżamy się do najciekawszej części  opowieści i tym którzy jeszcze ze mną są obiecuję, że więcej ziewania nie będzie.

b_150_100_16777215_00_images_ogrodniczki_2016_DSC01080.JPG

            Próba została wyznaczona na godzinę 12:00. Wodzu poprosił żebym zajął się Whhałastrą i pokierował ich w z grubsza zorganizowanej formie na pole inscenizacji, lepiej jednak brzmi bitwy. Dotarliśmy pierwsi i rozłożyliśmy się wokół pasa zieleni tworzącego swego rodzaju wyspę w tym morzu piachu który nas otaczał, a na środku tej wyspy stał świerk, pod którym teraz leżał pluton lepiej walczących niż wyglądających grenadierów. Z lasu powoli wyłaniali się kolejne chodzące historie. Mknie krokiem defiladowym ósemka piechociaży – to Narwiaki, będzie wesoło, z dziesięć minut później jakaś wrześniowa piechota nadciąga, co się okazuje dziewiętnasta pancerna. Następnie trochę elektryków się zebrało, a z dziesieć minut po nich wylali się z lasu czerwonoarmiści. Część z nich to chłopaki od nas, bo jak pewnie się orientujecie mamy sekcję RKKA i całkiem prężnie się rozpija(wija), a reszta to prawdziwi rosjanie zza północnej granicy, o nich również można wypowiadać się w samych superlatywach i to nie satyra, autentycznie są zajebiści. Takim oto sposobem uzbierało się nas na wyspie pośród brutalnego oceanu piachu i kurzu , dobre 60 osób. Zaczynamy lekką próbę chodzoną, która trwała długo ale próba jak próba – jest zawsze bardzo ważna, bo nie wychodzimy pobawić się w piaskownicy a stoczyć bitwę z której każdy ma wyjść cało. 22 czerwca 1944 roku trzy fronty, 1,7 miliona żołnierzy, 2715 czołgów, 1355 dział samobierżnych, około 24 tysiące dział altyleryjskich, 2306 miotaczy min i 6334 samolotów  runęło na ponad połowę słabszą armię trzeciej rzeszy. Jak ogromnym wyzwaniem logistycznym musiała być ta operacja, ileż ludzkich istnień pochłonęła, jakież zniszczenia pozostawiła na dość już przesiąkniętej krwią Polskiej ziemi. 47 i 70 Armie, w operacji brzesko- lubelskiej miały za zadanie zamknięcie od południa pierścienia okrążenia wokół wojsk niemieckich znajdujących się w rejinie brześcia, od północy pierścień zamykała 28 armia wzmocniona 1 korpusem zmechanizowanym, 4 gwardyjskim korpusem kawalerii i 9 korpusem pancernym, od wschodu zaś na brześć nacierała 61 armia. Brześcia broniła grupa taktyczna „E”- korps Abteilung „E” - Divisionsgruppen 86, 137, 251. Do zabezpieczenia okolic miasta i drogi ewentualnego odwrotu sformowano grupę zaczepno obronną z 3 dywizji Pancernej SS Wiking, 5 dywizji piechoty i 211 dywizji piechoty oraz 7 DP.  27 lipca elementy 3 dywizji pancernej SS Wiking zajęły wsię Siemiatycze. Dowództwo uznało, że jest to doskonały punkt do zorganizowania obrony i przysłało do pomocy 9 pułk piechoty z 251 DP. Nim nastało południe na przedpolu ukazały się T- 34 z 47 gwardyjskiej...

 b_150_100_16777215_00_images_ogrodniczki_2016_DSC01191.JPG

            Gdy weszliśmy do Siemiatycz widać było, że jest na świeżo po bitwie. Dwa rozpalone T-34/85, jeden we wsi, drugi 200 metrów na południowy wschód w rowie, przy drodze na Zaścianki. Uprzątneliśmy z okopów trupy i zalegający sprzęt. Co się okazało- w stodole stał pak 36, od razu postanowiliśmy go wykorzystać kiedy przyszedł rozkaz wycowania wszystkich czołgów do obrony Siedlc. Marder, to wszystko co nam zostawili, no i paru maruderów z „Wikinga”. 11:35, może jakiś posiłek? Wysłałem gońca do dowódcy z zapytaniem o możliwość rozpalenia kocherów i spożycia racji, w odpowiedzi „na sucho i cały czas w gotowości”. W pewnym momencie zrobiło się tak cicho że można było usłyszeć bicie serca kolegi w okopie. Weterani wiedzieli co zaraz nastąpi. To był ten moment w którym zazwyczaj znikąd albo znienacka wyjeżdzał jakiś czołg i trzeba było szybko myśleć czym go rozwalić. Nie inaczej było i tym razem chociaż trzeba przyznać że pierwszy raz widziałem tak pędzącego T-34. Desant który na nim siedział musiał być albo kompletnie pijany albo totalnie przerażony, być może jedno i drugie, bo zeskakiwali z niego bez obrania jakiegokolwiek kierunku, kiedy przykryliśmy pancerz ogniem mg. Pierwszy strzał – odbił się, próbujemy jeszcze raz. Kolejny się odbił. Lufa powoli przekręca się w naszą stronę. Wybuch rozrzucił w promieniu dobrych stu metrów części blachy paka. W tym momencie korzystając z chwilowej dezorganizacji załogi czołgu, z okopu wyskoczyło trzech grenadierów z pancerfaustami. Mieli z 150 metrów do pokonania, na pewno. Strzelaliśmy cały czas dając osłonę, niestety żaden nie dobiegł. Mamy jeszcze pancershrecka, bo mardera rozwalił ogień artylerii który wyjątkowo nie poprzedzał ataku a był jego bezpośrenim następstwem. Wyskoczył panzershreck tu wystarczy 100 metrów – czołg wybucha. Dwa krótkie gwizdki i wybiegamy z okopu, za nami zamiast krótkich serii z mg słyszymy już tylko długie, Sturmgewehry klekoczą jak najęte, kule świszczą wszędzie a rosjanie zoorientowali się że dzielący nas dystans to moment w którym trzeba przepuścić szturm i wyszli nam naprzeciw. Rzucił się na mnie ogromny podoficer, jednak jeszcze w locie udało mi się przekręcić go na bok dzięki czemu nie zostałem zmiażdżony. Silny jak niedźwiedź złapał mnie za mundur i skracał sobie dystans do mojej szyi, nie wiedział jednak że w cholewie saperki mam nóż okopowy. Wstaję, ocena sytuacji, jak okiem sięgnął chmara przylegających do siebie punkcików w każdej odcieni zeleni. Włączam się do walki. Jeszcze 5 minut  i rosjanie odstępują, zebranie rannych, chowanie kolegów i powrót do okopów. Co dalej? Nie wiem. Mam nadzieje że na końcu zawsze będę w stanie wyskoczyć z dołu.

fot. ATM

gallery1 gallery1 gallery1
gallery1 gallery1 gallery1
gallery1 gallery1 gallery1
gallery1 gallery1 gallery1
gallery1 gallery1 gallery1
gallery1   

Drukuj